pieczenia fazy ciag dalszy. smigielka nawet dostalam jakiegos w minony weekend, albowiem odwiedziala nas MSowa bratanica :) no i skoro ludziom smakuje... ;) chlebus pelnoziarnisty, muffinki czekoladowe, kolejnego dnia - buleczki cynamonowe:
pyyycha wyszly :)
a teraz dzieciaki maja tydzien ferii... kupilam sobie herbapolowska herbatke - melisa z wanilia... moze jakos przezyje ;)


no to po ptokach tak? jeszcze
pieknie sobotnio, pieknie i dla Moich-Naszych i Naszych-Naszych... niedziela
piekne ukoronowanie ;) a teraz liczenie kasy, i sprawdzanie czy sie zmiescili w
planowanym budzecie a raczej o ile sie nie zmiescili... bo dowozenie sniegu, bo
nieprzewidziane wydatki...
no i dzialo sie. nie mozna
powiedziec ze nie... roznie sie dzialo, i dobrze i zle... i zaniedbania byly,
ale tez i serdecznosc, cieplo... poczucie jednosci jakies inne takie niz zwykle...
i w zlem i w dobrem... przynajmniej ja to jakos tak odczuwalam...
... no i teraz juz nie bedzie na
co zwalic, trzeba bedzie wrocic do smarkow i kaszlow, do zwyklych codziennych
trosk i radosci ;) poki co- obadwa zasmarczone i zakaszlane (w roznym stopniu),
a za oknem zima...
jak maly bejbik jak to mowi moja
ciociobabcia. jak dobrze sie doliczylam to 38lat czekalismy na zloto w zimowych
igrzyskach tak? od Fortuny w 1972... pieknie, naprawde cudnie. a Justynka ma
komplet medali :)
w sumie szesc medali. kolejny
rekord. jeszcze ktos chce narzekac na Polskich sportowcow? ja uwazam ze sa
cudowni. i wielkie wielkie WIELKIE brawa!!!!
taka zaryczana zeszlam do piwnicy
gdzie MS pracuje juz od kilku miesiecy ("wykancza" ze tak powiem. tzn
MS wykancza piwnice zeby byla jasnosc kto kogo! ;) ), MS najpierw sie
wystraszyl a potem przytulil tak mocno mocno... bo ci Nasi-Nasi to maja duuuuzo
medali. a ci Moi-Nasi duuuzo mniej.
i chyba mimo wielkiej ilosci psow
wieszanych na organizatorach igrzysk, bedzie Polska wspominac Vancouver z lezka
w oku... ;) ja przynajmniej na pewno bede!!!! BRAWO!!!!
hmmm. bo tak. najpierw sobie
pomalowalam paznokcie na zielono. a potem zaczelam sie zastanawiac dlaczego ja
je wlasnie na zielono pomalowalam?? jako niedoszly psycholog (hehe, w koncu te
100 lat temu probowalam sie na psychologie dostac! a ze sie nie dostalam... no
coz. :D ) usiadlam i glowkuje. i dum-dumam. i wy-dum-dumalam ze to moze
tesknota za wiosna mnie sie tak podswiadomie objawila...??? :)
ten stosik znaczy sie nadgryzlam.
pierwsza ksiazka z polskiej za przeproszeniem kupki poszla wlasnie :) i wiecie
co? hihi. ja wiem ze to takie czytadelko sobie. ale jakies takie bardzo
sympatyczne czytadelko. "A wlasnie ze tak" Justyny Szymanskiej.
"Mury wznosi
sie nie bez powodu. Wyrastaja nie po to, by nas powstrzymac.Wyrastaja po to, by
nam pokazac, jak bardzo czegos pragniemy"
motto ksiazki: "Nigdy nie
jest za pozno zeby zmienic swoje zycie!"
i tak to jakos jest ;) na
poczatku natlok bohaterow, po kilkunastu stronach przylapalam sie na tym, ze ze
zniecierpliwieniem reaguje na wolanie Mniejszego o jakis snack ;) hihihi.
w skrocie: autorka ukazuje
calkiem kilka osob wraz z przypisanym do nich stereotypem. mamy wiec stereotyp
31letniej panny, od ktorej sie oczekuje przyjecia oswiadczyn, slubu i urodzenia
przynajmniej dwojki dzieci ;) . mamy rozwodke ktora nie moze sie pogodzic z
odejsciem ukochanego mezczyzny, mamy 50letnia matke doroslych dzieci, od ktorej
sie oczekuje siedzenia w domu, bawienia wnukow, plotkowania z sasiadkami i
ogladania seriali. mamy babcie po 70tce, ktora szokuje wszystkich wychodzac za
maz :) i tak dalej i tak dalej. i te wszystkie osoby ktore robia to czego
spoleczenstwo od nich oczekuje, przylapuja sie na tym ze mimo ze spoleczenstwo
wmawia im ze tak ma byc, ze sa szczesliwe - tak naprawde szczesliwymi nie sa
wcale. i powolutku sie wylamuja z tej skorupki ;)
bardzo fajna ksiazka :) taka na relaksik
przy 2-3 kawkach ;)
p.s. i wlasnie odkrylam ze to
zdaje sie trzecia ksiazka z serii! tej samej autorki! O! trzeba liste uzupelnic
;)
... zakonczylam akcje
"odchudzanie" :) przypadkowo rozpoczeta w lipcu 2009, slynna operacja
usuniecia osemek ;) melduje poslusznie ze osiagnelam efekt taki, jakiego w
najbardziej bezczelnych marzeniach sie nie spodziewalam osiagnac. mianowicie wage
rodem z ogolniaka/pierwszego roku studiow... poszlo w dol okolo 18kg. wage
zamierzam utrzymac. bo dobrze mi z tym brakiem tluszczu, brakiem oponek
michelin, brakiem tych "love handles" czy "muffin tops" :)
ze idealnie nie jest to ja wiem,
skora po dwojce dzieciakow sie naciagnela baaaardzo ladnie w okolicach pepka,
aktualnie jest zmarszczona brzydka i w ogole be. do tego posiadam 3 blizny po
laparoskopii. no i co z tego? :P ze tak powiem: zwisa mi to. i to doslownie :P
i bardzo prosze mnie nie straszyc
jojem i innymi takimi. wykluczam taka ewentualnosc i tyle. o :P i niech jojo
spada na bambus banany prostowac o.
i... poki co to jedyny pozytywny
element jaki zauwazam obok sie... bo Wieksza pyskuje dalej, Mniejszy sie
ostatnio zasmarczyl... MS wykancza piwnice... Siostrzyca miala znow gorszy
dzien i... no...
ale przeciez w koncu musi byc
lepiej prawda...??
...poszlismy do kosciola na Msze
niedzielna. dzisiaj, bo jutro mamy dzien rozjazdowy. uslyszlam znany mi kawalek
Ewangelii o Weselu w Kanie. homilia ksiedza dotyczyla jednak nie tylko samego
wesela jako takiego ale wiecej o malzenstwie. o problemach malzenskich jakie
ludzi dotykac moga... wreszcie o wspolnej malzenskiej modlitwie jako sposobie
na umocnienie malzenstwa...
... po Komunii Sw. sie po prostu
poryczalam... przytulilam sie do ramienia MS... przepelnilo mnie tak blogie
szczescie ze na serio myslalam ze wybuchnie ;) serce znaczy...
... bo uswiadomilam sobie ze to
wszystko, o czym ksiadz mowil, to prawda... mowil ze malzenstwa po pewnym
czasie sie moga rozpadac bo ludzie sie zmieniaja, bo po 10 latach ten on i ta ona
to juz sa zupelnie inni ludzie. i ze czesto slyszy slowa - "Father,
somehow we grew apart..." (nie wiem jak to przetlumaczyc... chodzi o to ze
ciagle sie czlowiek rozwija i "rosnie" jakby duchowo, no i sie zdarza
ze malzenstwo im bardziej sie rozwija tym bardziej sie od siebie oddala ) a on
wtedy sobie mysli: "then why don't you grow together?"
... mowil o tym ze malzenstwo nie
jest latwe, dwa swiaty odrebne nagle sie maja stac jednym... sciera sie
wszystko i na kazdym kroku...
... wiec jak tak sobie uswiadomilam
to wszystko, ze tak sie dzieje, ze przeciez to prawda jest... to mnie tak
strzelilo, ze my wlasnie dorastamy razem... ze rozmawiamy bardzo duzo... ze
kazda jedna najmniejsza blahostke omawiamy razem... ze kazde rozstanie na
dluzej niz kilka godzin boli, i to jest bol fizycznie odczuwalny...
... i nie mialam zadnych
problemow z modlitwa dziekczynna po Komunii... :)))
...ze nauczyciel fajny jest :)
Synalowa Mrs. D. wlasnie jest. fajna znaczy. w mordke, i to nie tylko dla
dzieci ale i dla rodzicow :) dla dzieci (tych maluchow, najmniejszych w szkole)
jest ciepla, serdeczna, radosna, usmiechnieta, zyczliwa... jak cos im tlumaczy
to zniza sie do poziomu dzieciakow (tzn. fizycznie sie zniza - do przysiadu
albo sie w pol zgina :) ). mowi spokojnym stanowczym glosem, w ktorym slychac
ten usmiech :) rzadko kiedy dzieci maja tzw. time out (cos w rodzaju
"postawienia do kata").
a dla rodzicow?? ha. taka
sytuacja: pomieszaly mi sie zamowienia na ksiazki (taki klub ksiazkowy w ktorym
szkola jest i umozliwia to zamawianie ksiazek rodzicom bez calego tego
zobowiazania klubowego), w efekcie zamowienie Mniejszego poszlo z Wieksza
do szkoly i na odwrot. i co? ano i Mrs.D przyjela, Mrs.DP(nauczycielka
Wiekszej) - odeslala do domu. wiec nastepnego dnia wysylam z Mniejszym juz
prawidlowe zamowienie, z notka ze nie wiem co zrobic z tamtym? i ze jak trzeba
to niech odesle do domu. po powrocie Mniejszego do domu okazalo sie ze nie
przyniosl zadnego zamowienia. wiec dzwonie do Mrs.D z zapytaniem, a ona mi na
to ze nie ma zadnego problemu bo ona przekazala to zamowienie dla Mrs.DP, i
Mrs.DP powiedziala ze bedzie dzwonic w tej sprawie. wiec ja mowie ze dziekuje
bardzo w takim razie, na co ona sie pyta czy te oba zamowienia chcemy
realizowac? wiec mowie ze oczywiscie, ze tylko pomylilam plecaki. na co Mrs.D
mowi: o, skoro tak to ja przekaze Mrs.DP zeby nie dzwonila tylko puscila
zamowienie :)
nosz kurka. w jednej szkole dwie nauczycielki. i jedna zrobi wszystko zeby
rodzicowi zycie ulatwic. druga... ekhem. no wlasnie...
na Walentynki Mniejszy zaniesie Mrs.D cos fajnego. jeszcze nie wiem co, ale
cos wymysle. o.
Mniejszy sie zmienia. no
normalnie zaskakuje tak ze hoho. czy ho ho ho nawet. od niepamietnych czasow
niecierpial kremu na buziolu. no wil sie niemozebnie i krem ladowal wszedzie
tylko nie na jego twarzyczce. jakiez bylo moje zdumienie dnia wczorajszego...
rankiem przed wyjsciem na ten mroz co to "feels like -20" mowie:
dawac pysie, smarujemy kremem! Mniejszy probuje pertraktowac: but what for
Mama? odpowiadam: bo jest bardzo bardzo zimno i ten krem to jest tak jak
ubranko dla buzi... zacisnal wiec oczeta i pozwolil mi wysmarowac dziob!
popoludniem tego samego dnia wychodzilismy odebrac Wieksza z autobusu. uszlismy
z 10 metrow a Mniejszy w krzyk: "Mama! you forgot to put cream on my
face!" He?? no tegosmy jeszcze nie przerabiali :)
Mniejszy spiewa kolede.
przybziezieli do kekleem pastezie!
graja focznie kekokeku na lizie!
faua na fysokosi faua na fysokosi
a pokoj na ziemi! :)
niech mnie kto wytlumaczy dlaczego najtrudniejszymi dla Mniejszego slowami
sa Betlejem i Dzieciateczku? :)
i prosze bardzo mozna mnie tu linczowac, ze dla czterolatka tak spiewac to w
ogole czym ja sie chwale... ja sie nie chwale. ja uwieczniam. bo dla mnie to
jest sukces. bo ten czterolatek po polsku w zasadzie nie mowi...
a Wieksza prosze panstwa w piatek ma science tesc nr2. nr1 jej poszedl
srednio dobrze. tzn bardziej dobrze niz srednio. :) ale pani nie omieszkala sie
mnie spytac co to sie stalo przeciez Wieksza jest taka zdolna i madra i tak
sobie swietnie radzi. no radzi sobie a tam sobie widac jakos nie poradzila no.
:)
stresuje mnie ten test. tzn nie sam test, tylko to jak go Wieksza przezywa...
bo widze ze Wieksza juz tez zaczyna wiedziec co to stres. i sie stresowac
roznymi takimi... az do przesady. z placzem histeria i miauczeniem wlacznie...
zal mi jej i nie bardzo wiem jak jej pomoc. tlumaczenie nie pomaga. biore na
kolano i tlumacze i przytulam, im wiecej przytulam i tlumacze tym
bardziej miauczy... a ja na miauczenie mam taka alergie... ech... i
cierpliwosci mi brak... ale biore na przetrzymanie ;) uczepilam sie mysli ze z
wszystkiego sie wyrasta. i jak juz mnie nerwy trzepia staram sie zaciskac zeby
i powtarzac jak mantre: wyrosnie wyrosnie wyrosnie... ;)
no to sylwester tak? pfff...
szczerze mowiac nie wiem sama... z jednej strony - uwielbiam nasze witanie
nowego roku... tak samo od 7 lat... w tym roku osmy raz... wtulona w ramie MS,
z lampka wina musujacego "Martini" w lapce... patrzac w te ukochane
oczy, widzac w nich wszystko to o czym kiedys marzylam... cieplo, milosc,
opiekunczosc... i gdzies tam w glebi duszy wiem ze innego sylwestra nie chce...
z drugiej strony - nie chce?? gdzies
tam w zakamarku mnie, w srodku, na dnie, nie wiem tylko czy taki maly okruszek
bo przyduszony reszta, czy taki maly bo sie dopiero budzi? w kazdym razie taka
iskierka marzenia - zeby wlasnie nie tak, zeby wystawnie. zeby w cudnie
udekorowanej sali balowej... uroczyscie, na bialo-zloto... zeby bylo glosno i
huk korkow od szampana...
...usmiecham sie do tych
marzen... moze kiedys??
... a moze inaczej... inne
marzenie... na plazy, w klapkach, pod palmami... trzymajac lampke z szampanem
(czy tam winem musujacym ;) )...
...usmiecham sie i do tych
marzen...
i jak juz sie tak
"wymarze" to dochodze do wniosku ze... ze tak naprawde to w nosie mam
to gdzie... tak naprawde to ja po prostu wiem, ze chce z MS witac kazdy Nowy
Rok...
o.
i juz.