...Silver Bush... Jezioro
Lsniacych Wod (the Lake of Shining Waters...)te miejsca istnieja naprawde...
blue chest z ksiazeczki "Story girl" (ukochanej przez LMM)...
niesamowite to bylo... uderzajace ze "Ania..." jest tak popularna...w
Japonii m.in....
... i przejazdzka bryczka z "Mateuszem" :) i czy to wazne ze on mial
na imie John czy inny Frank? razem z Ania przymykam oczy... JEzioro Lsniacych
Wod skrzy sie tysiacem srebrnych iskierek, bo slonko swieci jakby chcialo miec
pewnosc ze wszystko jest jak wtedy... jak wtedy gdy z wypiekami na twarzy
czytalam (swiecac latarke pod koldra) kolejne tomy "Ani..."...
... MS z rozesmianymi oczami... mimo ze on przeciez nie tak to wszystko
przezywa... nie tak chlonie... dla niego nasze wakacje to... zamoczenie nogi w
kolejnym oceanie, po drugiej stronie kontynentu... :))... moj kochany, tak
strasznie ci dziekuje... za to, ze nie krecisz kolek na czole gdy twoja zona
wymysla kolejne dziwne wyjscia, w miejsca ktore dla Ciebie znacza tyle, ile
kazde inne miejsce zwiazane z jakas tam karta historii...
...a cora szczebiotala wtedy na tej bryczce, a ja czulam sie tak, jakby to Ania
chciala sie upewnic ze wiem jak to bylo... wtedy gdy ona z Mateuszem ze stacji
na Zielone Wzgorze...
...jakies rozdwojenie jazni... (moze niezdrowe?) co wtedy, co teraz...
poprzeplatane, zaplatane... nie bede rozsuplywac, niech jest...
..."starsza para posyla do sierocinca po chlopca, sierociniec wysyla
dziewczynke"...to zdarzylo sie naprawde...
...czytam pamietniki LMMontgomery... i juz do konca zaciera sie granica miedzy
tym, co stworzone w wyobrazni, a tym co wydarzylo sie naprawde...
czy to sie w ogole da
opisac?? trzy dni podrozy, caly czas w oczwkiwaniu... niepewnym troche, bo co
jesli to wszystko nie tak...??
...13kilometrowy most...
zarys Wyspy... JEST... lzy w oczach, gula w gardle... kontrolne spojrzenia MS -
jakby sprawdzal czy rozczarowana... juz samo pierwsze spojrzenie, juz sam fakt
BYCIA TAM... i o rozczarowaniu nie moglo byc mowy...
...podroz przez Wyspe - z
poludnia na polnocny jej brzeg... ziemia NAPRAWDE tam jest czerwona... widoki
naprawde przecudne, w zasadzie wszystko jedno gdzie sie czlowiek obejrzy...
wiekszosc ziemi - farmlands... jak w kraju dziecinstwa... przypominaly mi sie
moje wakacje na wsi spedzanie przez kilkanascie pierwszych lat mego zycia...
...dotarlismy TAM... na
sama mysl o tym ze 5 kolejnych dni spedzam TAM gdzie sie wszystko wydarzalo, w
tych okolicach po ktorych moja pierwsza ksiazkowa prawdziwa przyjaciolka
chodzila, biegala... ech, nie umiem opisac...
...Avonela Village... mozna
powiedziec - czysta komercja... w nosie mam. wiem, ze tam mozna bylo poczuc
klimat TAMTYCH CZASOW, spotkac Anie, Diane, Gilberta... i co z tego ze to
aktorzy?? :) przeciez to w wyobrazni powstalo... w wyobrazni dojrzewalo... i w
tej samej krainie dalej sie toczy... w polsnie... pol-jawie...
a Grzdyle ze szczesciem w
oku siadaly na kucyka, na woz, Wieksza nie mogla przezyc ze SPOTKALA ANIE :))
("Anie..." czytala wczesniej w wersji dla dzieci) Mniejszy niemniej
szczesliwy aczkolwiek "kto zacz" - nie wiedzial :)
... Green Gables House...
pokoj Ani, pokoj Maryli, pokoj Mateusza... farma... wszystko utrzymane jak za
Tamtych czasow... lekko w dol - i juz jest Hounted Woods Trail... po takim dniu
sama nie wiem czy mi sie to wszystko sni? czy Ania naprawde byla tylko
"tworem wyobrazni"...??
...dom w ktorym
LMMontgomery przyszla na swiat... miejsce po domu, w ktorym sie wychowywala...
sciezki ktore wydeptywala codziennie... krajobrazy ktore choc zmienione to
przeciez te same w swym pieknie...
...wybrzeze... czerwone
wydmy... zobaczylam i zaniemowilam kompletnie... aparat bezrobotny wisial mi na
szyi, bo JAK temu wszystkiemu zrobic zdjecie...????
...kolejne dni w polsnie...
poszukiwania latarni morskich... i setki, tysiace drobiazgow ktore wywolywaly
kolejne cudne lzy szczesliwe...
...nawet powrot nie wydawal
sie gorzki... napeczniala ogromem widokow, przezyc i emocji - spokojnie
pakowalam nasz wakacyjny dobytek :) skad ten spokoj...?? moze stad ze... ze
wiedzialam juz wtedy ze NA PEWNO tam wroce...???
kazdemu zycze zeby marzenie
marzone ponad 20 lat- spelnilo sie... i zeby nie bylo rozczarowaniem... jest w
tym jakas taka cudna magia, jakas moc... /ja tam nawet i cierpliwosc do grzdyli
kilka razy wieksza mialam :)))/
a reakcja MS na moj tekst :
ze "nastepnym razem gdy Tam pojedziemy to od wschodu do zachodu, bo trase
"polnoc-poludnie" Wyspy juz mamy zaliczona " usmiechnal sie z
lekkim przerazeniem i spytal: ale to nie za rok? :)
nie, kochany, nie za rok
ani za dwa. ale WIEM ze Tam wrocimy...
serducho 25. sierpień 2009 14:49:00
i napisze tylko tyle: bylo przecudownie...
pakuje
manatki na wyjazd. wakaaacje, znowu sa wakaaaacje! przez palce mi ciagle nie
przejdzie to gdzie sie wybieramy. to chyba wszystko przez to ze... chyba nigdy
w zyciu nie stanelam przed spelnieniem marzen marzonych (jest takie slowo?)
przez ponad 20 lat... i chyba tak naprawde to do konca nie wierze...??
no w kazdym badz razie poki co chyba spakowalam ciuchy. czy to przesada jesli
napisze ze na 10 dni pakujemy nasza czworke w 3 walizki...??2 duze i 1 mala...
nie wiem no. w kazdym razie mniej mi nie chcialo wyjsc :/
co do
szczeki to jakos zyje. tylko z prawej strony mi sie gdzies siodemka ktoras
przemiescila czy ki czort i mam takie odczucie jakby czegos mi tam dodali...
jak szczene zamykam to tam z jednej strony mi jest czegos za duzo (wrazenie jak
swiezo zaplombowany zab, zanim dentysta dopasuje wielkosc plomby... :/). mam
nadzieje ze z czasem sie przyzwyczaje... no i dziaslo po osemkach sie goi ale
jest jakies nadwrazliwe czy cos.. ciagle jem bardziej jak krolik. przodem
znaczysie. i porcyjki jakies takie skurczone czy cos ;) no ale to akurat wcale
mnie nie martwi. wcale a wcale. bardzo mi sie podoba widok jaki otrzymuje po
wejsciu na wage :))) powiem tylko tyle, ze do panienskiej wagi brakuje mi
jeszcze 3 kg :))
bylo cudnie, i calkiem wesolo :) a wesolo z tej racji ze spotkalismy Pewna Przeurocza Osobke - a nawet Dwie. tylko ta Druga Przeurocza Osobka byla niesmiala bardzo, bardzo cichutka, tak ze moje Grzdyle wydaly sie mnie baaaaaaaaaaaardzo ekhem. jakby to tak ladnie... zeby siebie samej nie urazic... no bardzo zywotne takie :) mniejsza z zywotnoscia moich grzdylkow - jaka jest kazdy wie :) natomiast spotkanie bylo bardzo sympatyczne i radosne. ryzykowalismy duzo, bo pogoda zapowiadala sie nieszczegolna mowiac bardzo lagodnie (A mowiac dokladnie - deszcz w porywach do burz z pieronami) - ale jednak nie. w nagrode Natura pozwolila mi cyknac zdjecia z ujec z ktorych jeszcze chyba nie mialam okazji cykac :) i w nosie mam ze sa ciemnawe ! :) a jako dodatkowy bonus - te same miejsca widziane z perspektywy trzylatka... jego wlasnymi oczkami: MS zauwazyl ze dzieki temu wariactwu Mniejszego mamy okazje ogladac swiat z jego perspektywy... czasem sie mozna naprawde zdziwic widzac co i jak on spostrzega w otaczajacym go swiecie...
wspominalam ze wyjezdzalismy? na 3 dni. z dzieciakami. no maloromantycznie ale zawsze cos nie? pooddychalismy swiezszym powietrzem, oraz spedzilismy czas w czworke. czyli to czego mi brakowalo przez 3 miesiace... z nawiazka mam. :) ...szkoda tylko ze sama... nie lubie sama :( uraz taki po 3 miesiacach...
no.
bylo swietnie. wyszalalam sie troche fotograficznie, 
/to bylo specjalnie dla MArtyni :)/
...zabula wcale nie zwiala! he!ale 4xzoom to jednak malo jest:(
dzieciaki sie wybawily, i na placu zabaw i w wodzie. najpierw w fontannie ktora w ogole po to byla zrobiona zeby w gorace dni dzieciaki frajde mialy, a dzisiaj - w sobote znaczy - w aquaparku. no i od tego aquaparku mnie boli lewe ramie. tzn. niekoniecznie od aquaparku ale od wrzeszczacego Mniejszego ktory z gatunku bojacych sie jest i darl sie ponad pol godziny. co ja gadam. w ogole wejsc nie chcial na teren basenow, w ogole zalozyc pieluchy plywaniowej nie chcial. nic nie chcial. koszulki zdjac tez nie. ani butow. w akcie jakiejs desperacji zawzielam sie i powiedzialam ze w nosie mam i nigdzie nie ide. jak bedzie chcial to niech sie drze i 2 godziny, a ja po wodzie pochodzic sobie chce i koniec kropka. no. swietny brodzik ze zjezdzalniami dla dzieciakow i fontannami tam byl, wodospadowate cos tez, tak ze pod to mozna wejsc i ogladac swiat od drugiej strony wodospadu:) i w ogole duuuuzo fajnosci. no. efekt? Mniejszy sie tak rozbrykal i oswoil ze trzymany pod ramiona i pod bioderka wykonywal cudownego "pieska", lapal deske do plywania i majtal nozkami jak stary, i w ogoel nie zyczyl sobie ywchodzenia z wody o. he. i z TAtusiem ze zjezdzalni sobie zyczyl zjezdzac. Wieksza tez :) oczywiscie. ale Wieksza w wodzie czuje sie jak ta rybka mimo ze plywac nie umie :)
a w piatek wieczorkiem wyszlam sobie popodziwiac miasteczko hotelowe :) calkiem przyjemnie :)
ale generalnie bylo swietnie. tylko troszke krotko :(((
w niedziele wzielismy udzial w wspomnianym biegu. jak zwykle fajna atmosfera, jak zwykle wzruszenie... jak zwykle w noc przed niedziela - film zrobiony na motywach jak najbardziej autentycznych... jak oni zrobili to ze normalny zdrowy chlopak gral role czlowieka z amputowana noga... i to tak dobrze?? jak zwykle wzruszenie... i lzy... poniedzialek - wyprawa do M. kolejne cudowne miejsce... miejsce gdzie historia sprzed kilkuset lat splata sie z wiara ludzi wspolczesnych... kilkaset lat temu wycieto tam w pien kilka wiosek tubylczych wraz z piecioma z osmiu misjonarzy-jezuitow, ktorzy wcale nie ogniem i mieczem nawracac tam chcieli... a praca i przyjaznia... teraz wiele narodowosci tam ma swoje symbole wiary... wspaniala idea, cudowne miejsce... wtorek- boardwalk... jak to wytlumaczyc... takie molo jakby czy deptak ciagnace sie przez setkimetrow chyba, nie przez jeziora ale jakby podmokly park, mokradla czy cos w tym stylu. super sprawa! sroda - plaza nad duzym jeziorem, troche za zimno na plywanie (woda za zimna bo ogolnie to goraco bylo! 30 stopni!), Mniejszy sie bal w ogole wejsc, musialam go niesc, Wieksza spacerowala sobie z Tatusiem po wodzie do ud mniej wiecej :) no. to tyle poki co :)
a potem juz tylko radosc ze mozna byc czescia tej wielkiej sprawy. bo ja nie biore udzialu w zadnych innych biegach, spacerkach czy podobnych. ten jeden. chwycil mnie za serce 6 lat temu i trzyma... Moje Szczescie juz bierze udzial... nawet nie wiem, 15 raz z rzedu??
wieczorem zachod slonca z jednego punktu nad jeziorem... slicznosci i w ogole... ech... (zdjecia oczywiscie ze beda - jak wroce i dorwe sie do normalnego komputra :) )
wieczorkiem - zabytkowa stacyjka i zachod slonca z "parku zachodu slonca". wczesniej dzieciaki mialy radoche na placu zabaw :)
popoludniem - miasteczko zrobione przez pewna bardzo bogata firme - w stylu ponoc szwajcarskim. bardzo przyjemnie, fontanna dla dzieciakow do zabawy (no niby tylko dla dzieciakow, ale przyznaje sie bez bicia - tez sie tam dobrzebawilam!) - oraz park zabaw. oraz nibyryneczek - suuuper sprawa.
dojechalismy, wlaczylam laptop i co sie okazuje? dziala! ha!! tzn nie ze laptop dziala i to takie "ha", ale internet :) podroz taka sobie srednia, deszcz, wiatr... ale okolice juz sie sliczne robily im blizej - pagorki, lasy... :) tylko zachod slonca jakis wybrakowany taki... a wiec - wyglada na to ze nie bedzie odwyku :))